Bp Franciszek na Narodzenie Pańskie


Drogie siostry i bracia!

Kiedy byłem mały i dorastałem w mieście z bardzo dużą segregacją rasową, zastanawiałem się, jak wygląda Boże Narodzenie w „czarnym” Kościele. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, jaki jestem naiwny i jak mało wiem o życiu Afroamerykanów. Teraz jestem starszy i angażuję się ekumenicznie w Narodowej Radzie Kościołów, co pozwoliło mi zdobyć doświadczenia będące świetną furtką do wspaniałych społeczności krajowych „czarnych Kościołów”. Cztery lata z rzędu uczestniczyłem w Konferencji Krajowych Kościołów Ludności Czarnoskórej (CNBC) w ramach zapoznawania białych liderów kościelnych z przeżywaniem wiary w takich domach modlitwy. Pozostańmy na chwilę przy tym wątku. Niedawno czytałem artykuł Emily Lordi w magazynie „New Yorkera”. Pisała o świątecznym hicie Mariah Carey, „All I Want for Christmas Is You” i całym albumie zawierającym tę piosenkę. Autorka wyjaśnia, że Mariah Carey wyrosła na doświadczeniach „czarnego” Kościoła i „czarnej” muzyki gospel. Gdy na tę pozornie świecką piosenkę spojrzymy z perspektywy doświadczeń w „czarnym” Kościele, można lepiej zobaczyć, co złożyło się na chwilę, w której Mariah ją napisała i o co chodzi w samej piosence.

Patrząc powierzchownie, słowa są antyestablishmentowe i antymaterialistyczne. To oczywiście prawda – są takie, jaki bywa „czarny” Kościół: rzucają wyzwanie kulturze odciągającej nas od tego, co najważniejsze, czyli ludzi, nie rzeczy. Są afirmacją człowieka ponad przedmiotami. Ale jeśli wsłuchamy się w muzykę i zauważymy konstrukcję piosenki, widać jeszcze więcej. W „czarnej” muzyce gospel solistka jest prawie zawsze „zanurzona” we wspierający chór. Nie jest sama. Na zewnątrz czai się większościowa kultura, Lordi zaś widzi „przynależność muzyczną” w środku – tam, gdzie czysta radość bycia we wspólnocie (czyli u siebie) pozwala „puścić hamulce” i wejść w rzeczywistość duchową zdolną wywindować nas w górę i przenieść na wyższy poziom.

Tak więc, kiedy Mariah Carey śpiewa: „wszystko, czego chcę na święta, to ty”, pomyślmy o tym „ty” jako sprężystej rzeczywistości, która zaczyna się na przykład od ukochanej osoby i rozszerza na wszystkich naszych bliskich, tych, którym jesteśmy wdzięczni, i być może jeszcze powiększa (u tych, którzy umieją dalej) tak, by objąć całą ludzkość, a nawet Źródło wszelkiego życia. Doświadczenie solidarności między ludźmi staje się doświadczeniem obecności Boga. Nasze „ty” staje się coraz większe. Takie przeżycie stwarza bezpieczne miejsce, w którym w końcu można być naprawdę sobą. Jak podkreśla Lordi, w tej piosence Mariah Carey nie jest tylko zakochana w najbliższej osobie, lecz zakochana w życiu, i zatraca się w nim w całkowitej wolności. Zdaniem autorki to właśnie doświadczeniom z „czarnego” Kościoła Mariah Carey zawdzięcza zdolność do „puszczenia hamulców” w czystej radości, jaką daje wolność bycia we wspierającej wspólnocie i jej oskrzydlającej wierze, nadziei i miłości.

Nieważne, że piosenka nie ma religijnego wydźwięku. Granice między tym, co święte i tym, co świeckie w „czarnym” Kościele cudownie się zacierają. To społeczność, która wierzy, że urodzenie się w stajni nie musi być przeszkodą dla naszego potencjału. Życie w Kościele jest siłą napędową innej jakości życia na ulicach naszych miast. Jako mały biały chłopiec byłem ciekawy, co dzieje się w Święta Bożego Narodzenia w „czarnym” kościele. Teraz chcę powiedzieć, że właśnie tego życzę nam w naszych kościołach i w życiu.

Wesołych świąt!

Wasz brat+
Franciszek


Comments are closed.